Światła wielkiego miasta.

Światła wielkiego miasta.

Obudziłam się dziś obudzona szumem. Tym samym co zwykle, krzyczącym z neonów wielkiego miasta. Jak każdego dnia nie mam siły się podnieść. Obracam się tylko na bok i patrzę w światła. Wpadają przez okno tak samo jak wczoraj i jutro. Agresywnie. Zresztą czy to, co widzę to dzień? Dzień to chyba już tylko zapożyczona z przeszłości nazwa. Wszystko zlewa się w szarość. W tym świcie, który pozostał na zgliszczach starego świata. Tylko wskazówka zegara granice od siebie oddziela. Dnia i nocy, a może światów. Jaka jest pora? Chyba już przestałam to liczyć. Lata temu. Tak samo jak przestałam dostrzegać światła, a może świat cały. Jest go coraz więcej. Tego światła. Staje się coraz bardziej intensywne. Choć przecież naprawdę wszędzie jest tak bardzo ciemno. I tylko świata coraz mniej. Powietrzne statki już nawet nie zatrzymują się pomiędzy stacjami. Teraz robi się już tylko przeskoki w przeciągu ciągłego biegu. Prześcigając czas, którego nie ma, a który stał się przecież obowiązującą walutą na życie. Kurwa. Ale razi to światło. Sztuczne, bo naturalne już od dawna nie dociera. Wypaliło się w ubiegłym wieku. Już nawet nie pamiętam swojego. To też przestałam liczyć. Te wszystkie lata. Lata temu. Chyba to dawno. Dłuży mi się wszystko. Mogłabym nawet oddać czas. Za darmo, ewentualnie wymienić za drobne. Czasu mam w nadmiarze, bo ciągle go przesypiam. Nie chce mi się już spieszyć w tym życiu. Dziwnym, bo życiem płacimy za życie. I tylko wciąż tak bardzo brak mi oddechu. Mogłabym zupełnie zapomnieć o oddychaniu, zresztą powietrze jest tu tak kwaśne. Atmosfera stale się zagęszcza. Stacja uzdatniania ponad głowami wielkiego miasta już nie nadąża ze wdrażaniem świeżości. Czasami mam wrażenie, że z góry sypie się pył. Nie srebrny, nie z gwiazd. Ten dawno przestał się już sypać. Teraz sypie się szare gówno, ale przynajmniej jest perfumowane. Zresztą ponoć zawsze czuć je było fiołkami. Takimi prawdziwymi, prosto z kloaki. Mniejsza o kwiatki skoro wszystko to syf. Przynajmniej dobrze go maskują pod osłoną świeżości. I jeszcze hasła na zdrowie. I te szumy w uszach. Może to kopuła pęka albo czacha. Tak się czasem zastanawiam, kiedy patrzę w lustro na zgromadzone wokół oczu pajęczyny drobnych spękań. Nawet bogowie nie opierają się czasowi. W końcu pękam. Wcześniej czy później pęknie też to sklepienie i posypie się na nas niebo. W sumie jakie niebo. Nieba dawno już nie ma. Zostały już tylko odłamki zniszczenia powyżej sklepienia. Wszystko to, co sami wyhodowaliśmy, aby czynić sobie świat poddanym. Aż wreszcie zaczął nas pochłaniać. Cały ten fikcyjny świat. To zutylizowane szambo, które stworzyliśmy. Ukryliśmy poza naszymi oczami. Udając, że tak jest ok. Bo to przecież takie kurewsko wygodne. I jeszcze to cholerne światło. Sztuczne reflektory walą całą dobę. I jak zdarta płyta wraca to, że nie wiem, w jakiej porze się znajduję. Chyba zaraz pójdę spać. To przecież znowu się dzieje. Budowanie od początku zniszczenia. Entropia, a w ślad za nią chaos. I dzień jak co dzień, obudzi mnie szumem wielkiego miasta. A potem nastanie cisza. W chwili, w której zawali się świat. I kolejna lekcja. Czy również i tym razem nieodrobiona? Nie wiem. Okaże się kiedy wreszcie obudzi mnie cisza.

Newsletter

Bądź na bieżąco
– Zapisz się na Newsletter!

FacebookInstagram
© 2022 Magdalena Ojrzyńska. Wszelkie prawa zastrzeżone.