MIŁO iŚĆ

MIŁO iŚĆ

Minęliśmy się o krok, może o rok, o dwa istnienia. Jeden dzień przesunięcia, choć w tym samym czasie. O różne światy z tego samego. O ułamek wieczności. Dwa miesiące i podwójne jedynki w tabliczce z mnożenia. O kamyk rodem z kosmosu, o piórko puszczone na wietrze. O nowy początek w starym świecie, gdzie zakazane jest nam MIŁOiŚĆ.

Spotykałam cię, kiedy byliśmy dziećmi. Często towarzyszyłeś mi w rozmowie. A jeszcze częściej wypatrywałam cię na nocnym niebie. Nie raz i nie dwa. Raz, dwa, trzy. Przed cztery zatrzymał się czas. Wiem, że jesteś tam. Lecz czas dla nas nie istnieje. Nie płynie liniowo, tylko się pętli. Tak jak my przemierza światy różne, w których od na zawsze szukamy siebie. Wbrew woli bogów.

Spotykałam cię wtedy często. W dzieciństwie. Wtedy, kiedy szumiał mi o tobie kosmiczny wiatr. W tajemnicy szeptały mi o tobie gwiazdy. Meteoryt i ja. Pamiętasz?

Siadaliśmy razem na barierce, tej wokół zalewu. A przed nami była tylko woda. Czarna jak nasze noce. A nad nami ocean z gwiazd. I księżyc, który naszym twarzą z ciekawością się przyglądał. Co z nami będzie? Dziećmi z gwiazd. Ty ze mnie, ja z ciebie istnienia.

Nie rozmawialiśmy wtedy dużo, może tylko słuchaliśmy się pomiędzy myślami. Słowami. Ty i ja. Zanim dorosłość porwała nas w objęcia ludzkości i minęliśmy się. O krok, o rok, o deklaracje.

Szumiał mi o tobie wiatr, w mroku przepowiadał mi ciebie. I tylko ja nie słyszałam, a może byłam niedowiarkiem.

Widziałam cię kiedyś na korytarzu. Budynku, który ominęliśmy szerokim łukiem strachu. Zagłuszyliśmy głos naszego pragnienia. Może ty wtedy wcale nie dostrzegłeś mnie w tłumie. Teraz wiem, dlaczego nie lubię tłumów. W tłumie wystarczy mi ty i ja.

Stał blisko dworca. Ten budynek z szarego kamienia. Taka tylko dygresja, żebyś sobie przypomniał, gdzie to było. Zastanawiałam się czasem co by było gdyby. Dlaczego? A teraz wiem, że ciebie tam nie było. Minęliśmy się z przypadku, nie spotykając między murami apoteozy.

Na co się umówiliśmy? Nie pamiętam. Tyle razy przecież się umawialiśmy, tylko zapomniałam na co. A może obydwoje zapomnieliśmy siebie. A może łatwiej było nam zwyczajnie nie pamiętać. Przez wiele lat. Może dlatego wiecznie się spóźniamy o krok, o rok, o przesunięcie. A przecież chodzi tylko o bycie, niebycie. Istnienia dwa. Jeden plus jeden równa się dwa, gdzie dwa równa się jeden. Nasza matematyka.

A teraz siedzę na piasku, popod którego ziarnami schowały się nasze ślady. Istot nas samych, które kroczyły tutaj na długo przed nami. Mną i tobą, jakich dzisiaj znamy. Tyle minęło lat. Ale czy czas dla nas istnieje. Chyba nie, choć lubię cię oglądać wciąż pięknego. Jak ja. Odbicia dwa.

Znamy się tylko z wyobrażenia. Wspomnienia. Mówię do Ciebie szeptem, a ty przytulasz mnie czule. Wiem, że jesteś tu. Tak bardzo tęsknię do ciebie, tęsknie wiecznie. To chyba wieczność nie daje mi chwili wytchnienia od stworzenia. Paradoks. Bo przecież jesteś tak blisko. Choć minęliśmy się, nie wcale.

A teraz spójrz, razem ze mną popatrz w niebo. Rozmawiałam z nimi wiesz. Z domem. Prosiłam nasze światy, aby wskazały nam drogę. Szlakiem z gwiazd. Ty i ja. Meta i tron. Gdzie Miło iść. Razem. Pójdziemy na zawsze. Tam, gdzie kres wyznacza początek. Tuż po świcie zachodzącego słońca.

Obiecaj mi, że nie miniemy się już nigdy. O krok, o rok, o istnienia dwa. Bo liczy się tylko by iść razem. Ty i ja. Gdzie dwa równa się jeden na zawsze.

(Utwór pochodzi z mojej najnowszej książki: Światłocienie. Liryka Prozą)

Newsletter

Bądź na bieżąco
– Zapisz się na Newsletter!

FacebookInstagram
© 2022 Magdalena Ojrzyńska. Wszelkie prawa zastrzeżone.