Kwiat paproci

Kwiat paproci

Tego dnia pierwszy raz od dawna wybrał się do lasu. Choć las zawsze był jego odskocznią, zawieszoną w próżni samotną wyspą ukojenia, wiedział, że tym razem nie odnajdzie w nim spokoju. Zbyt wiele niewypowiedzianych słów, myśli, które nigdy nie znalazły ukojenia, czaiło się w jego zielonej przestrzeni. Mimo to postanowił spróbować. Zdobyć się na konfrontację i przy odrobinie sprzyjających wiatrów wyjść z niej zwycięsko. Zatrzymał się na moment. Spojrzał w stronę stojącego na parkingu samochodu. Zacisnął pięść. Wciąż nie był pewien czy jest na ten krok gotowy. Nie miał jednak wyboru. Coś wewnątrz jego duszy zbyt głośno krzyczało, wyrywało się i nie pozwalało mu się zatrzymać. Nie tym razem, już nie. Postanowił, że wreszcie posłucha. Że się nie cofnie, nie zawróci. Może ponownie spotka to, co tamtego dnia utracił. Może wbrew rozsądkowi na nowo obudzi w sobie światło. Nie będzie dłużej podwładnym, będzie królem. Będzie zwycięzcą! Wszystkim tym, co ona w nim widziała, a czego on dostrzec nie chciał, albo nie potrafił. Nie zastanawiając się dłużej, wszedł do porzuconego dawno świata.

Szedł wolno, rozważnie stawiał krok za krokiem. Choć czuł się w tym miejscu wciąż u siebie, równocześnie był tam już tak bardzo obcy. Rozglądał się, wyraźnie czegoś wypatrując. Brwi miał zmarszczone a plecy lekko przygarbione, jakby uginały się one pod naporem zgromadzonego ciężaru. Jego buty zapadały się w miękkim podszyciu. Liście cicho szumiały mu do ucha. Pomiędzy gałęziami drzew wolno wędrowało słońce. Przez ułamek sekundy odniósł wrażenie, że oddycha znowu swobodnie. Zaczerpnął pierwszy od dawna głęboki oddech. Spojrzał przed siebie i zobaczył głębię lasu, która przywitała go spokojnie.

Przymknął powieki. Choć chciał być silny, czuł, jak w kącikach jego oczu wzbierają łzy. Otarł je rękawem, pozostawiając słone ślady na szorstkiej twarzy. Kiedy ponownie uniósł wzrok ku górze, znowu ją ujrzał...

Ciarki przeszły mu po plecach. Poczuł, jakby czas się zatrzymał. Wszystko wyglądało tak samo jak za pierwszym razem. Z trudem przychodziło mu oddychać. Stała pośród paproci. Kasztanowe włosy miała rozpuszczone i czesane przez wiatr. Po jej alabastrowej twarzy, szyi i obojczyku wędrowały cienie. Wydawał się tak zwyczajna a równocześnie tak niewytłumaczalnie piękna. Zupełnie jak wtedy, pomyślał. Magnetyczna i niemożliwa, aby być w tym miejscu, unosząca się niemal w powietrzu.

Prąd wędrował po jego ciele, a może było to wzbierające w nim napięcie. Wyciągnął dłoń w jej stronę, próbując ją uchwycić. Ona uśmiechnęła się tylko do niego czarująco. Znowu poczuł wszystko. Tłumione uczucia powróciły do niego bez ostrzeżenia. Zupełnie jakby ktoś zadał mu kolosalny cios w podbrzusze, powodując, że na moment złamał się w pół. Był jednak na ten cios przygotowany. Wytrzymał go i wyprostował się dumnie. Patrzył na nią. Taką, jaką znał, jaką ją zapamiętał. Tak niemożliwą, nieokiełznaną i delikatną równocześnie. Wiedział tak samo, jak w pierwszej chwili, że nie była tylko jego pragnieniem. Nie była jedną z wielu, które tak długo spotykał na swojej drodze. Nie była jego zdobyczą, nie była dla niego przyjemnością. Była nią. Jego przekleństwem i przeznaczeniem. Tą, która jako jedyna potrafiła widzieć w nim dusze. Potrafiła obedrzeć ją, obnażyć, sprowokować i wyciągnąć na wierzch wewnętrzny głos spod grubych warstw odrętwienia. Potrafiła widzieć w nim wszystko to, czego on sam w sobie nie dostrzegał. Patrzyła teraz na niego znowu. Widziała go, a on dostrzegł to wszystko w jej przeszywającym spojrzeniu.

Zawahał się przez chwilę, ale odepchnął tę niepewność. Wreszcie poczuł, że rozumie. Że wie co zrobić, zanim jego z trudem poskładany świat po raz kolejny rozbije się na milion fragmentów. Obnaży się przed nią, stanie dumnie dsłaniając swoje blizny i wrażliwość. Pozwoli jej się objąć i od teraz będą mogli połączyć się w jedno w obszarze jej serca.

Tak bardzo chciał do niej biec, wziąć w objęcia i wykrzyczeć na cały głos, biorąc las za świadka, że wreszcie jest na nią gotowy!

Zerwał się do biegu gwałtownie. W ułamku sekundy poczuł jednak, jak magia znów zakręciła mu w głowie. Zachwiał się na nogach. Jego buty stały się jakby na stałe przytwierdzone do ziemi. Wiatr zatrzymał się w milczącym bezruchu. A on sam został uwięziony w niewidzialnej kuli.

Las nagle pociemniał, wokół zapanował mrok. Bił pięściami z całych sił, próbując wydostać się zza niewidzialnej bariery, ale był wobec przeciwnika bezsilny. Stopniowo ciemna kurtyna zasłoniła wszystko, a ona zlała się w jedność z mrokiem. Krzyczał z całych sił, ale z jego gardła nie wydobywał się żaden głos. W chwili, w której ponownie rzucił się przed siebie, niewidzialna zapora pękła. Upadł na kolana. Znowu był w lesie. Cichym i cierpliwym. Liście cicho szumiały mu do ucha. Pomiędzy gałęziami drzew wędrowały promienie słoneczne. Jej już jednak nie było. Podobnie jak mroku, w którym się rozpłynęła.

Wciąż klęczał, spodnie miał brudne od ziemi, ręce pokaleczone runem. Nie zwracał na to uwagi. Z jego piersi wyrwał się dźwięk przypominający ryk ranionego zwierzęcia. Schował głowę w obolałe ręce. Już sam nie wiedział, czy była tu naprawdę, czy tylko mu się przewidziała. Wiedział jednak, że ona nigdy już nie wróci. Tak bezkompromisowa i wierna sobie. Bo odeszła już dawno. W tamtej chwili w przeszłości, w której to on nie był na nią gotowy.

Wyszedł z lasu na parking. Stanął przy samochodzie, czuł się tak bardzo potrzaskany. Na jego duszy pojawiła się kolejna nieuleczalna rana.

Zacisnął pięści. Wiedział, że nie przestanie jej szukać. Wytrwa i wbrew rozsądkowi będzie wypatrywał jej wędrującej po lesie. Już do końca życia będzie jej poszukiwał. Swojego kwiatu paproci, którego nikt nigdy nie znalazł.

Newsletter

Bądź na bieżąco
– Zapisz się na Newsletter!

FacebookInstagram
© 2020 Magdalena Ojrzyńska. Wszelkie prawa zastrzeżone.