W poszukiwaniu siebie, czyli jak odnalazłam swój czas w życiu.

W poszukiwaniu siebie, czyli jak odnalazłam swój czas w życiu.

Wpis, który zamieszczam poniżej, powstał jako artykuł gościnny na zaproszenie Moniki Kudryk z bloga swojczas.pl Jest on dla mnie o tyle wyjątkowy, że pierwszy raz piszę tak bardzo o sobie, a nie tylko ze swojego punktu widzenia. Dlatego właśnie stwierdziłam, że warto, aby znalzał się i tutaj. Czarno na białym, trochę zza kurtyny.

W poszukiwaniu siebie, czyli jak odnalazłam swój czas w życiu.

Kiedy Monika zaproponowała mi napisanie artykułu na temat tego, jak odnalazłam swój czas w życiu, poczułam onieśmielenie i konsternację. Onieśmielenie było dla mnie zrozumiałe. Perspektywa publikacji w miejscu tak prawdziwym i pełnym emocji najzwyczajniej w świecie wywołała u mnie tremę. Co innego z konsternacją. Tutaj chwilę się zastanawiałam. Ponieważ zależało mi na tym, aby pisany przeze mnie materiał, był jak to miejsce, autentyczny i pełen refleksji, postanowiłam odrobić lekcję. Zrobiłam wycieczkę w głąb siebie, odpowiedziałam sobie na nurtujące pytanie. I uzyskałam odpowiedź.

Moja droga nie sprowadzała się do odlezienia swojego czasu. Nie potrzebowałam go odnaleźć, co najwyżej odpowiednio poukładać. To, co potrzebowałam zrobić, to na nowo odnaleźć siebie. I dopiero w momencie, w którym odnalazłam siebie, zdecydowałam, że to jest mój czas.

Dlaczego piszę o odnalezieniu? Dlatego, że kiedy patrzę na siebie, w tej chwili już sprzed kilkudziesięciu lat, to czasami zastanawiam się; Kim była ta dziewczynka, skąd tyle wiedziała, skąd miała taką dojrzałość, intuicję, przeczucie....

Ludzie stają się coraz bardziej świadomi potrzeby bycia tu i teraz. Osobistego rozwoju, wsłuchiwania się w głos swojego serca. Sama się tego uczę, staram doświadczać. Tylko czasami myślę, że to wszystko, na co teraz spoglądam oczami dorosłego, czego poszukuję jako dojrzała kobieta, ja już kiedyś wiedziałam.

Intuicyjnie pragnęłam tego, czułam każdą komórką mojego ciała. Potrzeba poczucia wewnętrznej wolności, doświadczania piękna przyrody, robienia rzeczy nietuzinkowych, wędrowała we mnie. Odzywała się głosem mojego serca, wysyłała sygnały w stronę mózgu. Kiedy jako nastolatka myślałam o przyszłości, wiedziałam, że nie chcę popaść w rutynę. Żyć w utartym schemacie od do. Chcę za to doświadczać czegoś głębszego, prawdziwego, wnoszącego światło do mojego życia.

Tak miałam.

Od zawsze mój wewnętrzny głos sprzeciwiał się powierzchowności. Od zawsze czuł się dobrze w swoim własnym towarzystwie. Z dala od zgiełku, od pośpiechu. Od zawsze szeptał mi, że ja tu nie należę, że nie jestem z tego świata, że to nie jest świat, w którym chcę funkcjonować. To akurat piszę z przymrużeniem oka. Bo na ten temat mogłabym napisać osobną historię. I jestem przekonana, że byłaby to całkiem dobra bajka. No może nie bajka, ale tak ukochany przeze mnie realizm magiczny. Wracając jednak do wątku.

Nie będę opisywać historii mojego życia, bo nie o tym mowa. Napiszę tylko, że to, przed czym się wzbraniałam, czemu nie chciałam się poddać, co od dziecka było w sprzeczności ze mną, z czasem stało się moją codziennością. Codziennością, w której dobrze się odnalazłam. W której funkcjonowałam, rozwijałam się, budował mój pozorny sukces. Bogaciłam o doświadczenia, kompetencje, finanse. Codziennością, która mnie stymulowała, uszczęśliwiała. A równocześnie zagłuszyła mój wewnętrzny głos. Powoli odsuwała moje pragnienia na dalszy plan, przekształcała moją autentyczność, naginając ją do potrzeb codzienności.

Żyłam w tej codzienności, funkcjonowałam z nią w udanej symbiozie. Do czasu, aż to, co pozornie mnie cieszyło, rozwijało, karmiło, okazało się dla mnie trucizną.

W moim przypadku moment przełomowy, w którym zaczęłam poszukiwać siebie, nastąpił, kiedy zostałam mamą. I nie wynikało to z samego tylko macierzyństwa. Raczej kilku sytuacji, które się na siebie nałożyły. Wraz z pojawieniem się dziecka zmieniły się priorytety. Oczywistym było dla mnie, że na jakiś czas muszę odłożyć siebie na bok, zawiesić karierę, zamknąć się z dzieckiem w domu. Wcale nie była to dla mnie prosta decyzja, ale jedyna słuszna, którą mogłam podjąć.

Kiedy po kilkunastu miesiącach zdecydowałam się na powrót do pracy, okazało się, że z karierą mi już nie po drodze. To, co wcześniej mnie nakręcało do działania, wiało mi teraz nie w plecy, ale w twarz. Dostrzegłam, jak przez czas mojej nieobecności zmienili się ludzie, zmieniła się kultura organizacji, pojawił się szczurzy bieg. Dość o tym, bo temat mojej pracy to także materiał na osobny wpis. Ważne jest, że to właśnie ten świadomy powrót dał mi szansę na podjęcie innej świadomej decyzji. Decyzji o odwrocie. Również nie łatwiej, bo skąpanej w morzu wylanych łez.

Ale dzięki tym łzą obudził się mój dawno uśpiony wewnętrzny głos. Kazał mi odgrzebać stare plany. Spojrzeć na marzenia, które ubrane były w dawno przeterminowane cele. I wtedy właśnie stwierdziłam, że jeśli nie teraz, to już nigdy. Że skoro tyle lat minęło, a ja patrząc wstecz, już czuję żal, to co będzie jeśli pozwolę sobie na dalszą stratę. Stratę czasu, stratę potencjału, dalsze odkładanie marzeń na bliżej nieokreślony czas. I wtedy właśnie postanowiłam, że to jest mój czas, bo jak nie teraz, to nigdy. I dlatego powstał The Meg's notebook, moja przestrzeń do wyrażania siebie. Choć jest to tylko równoległa ścieżka do głównej drogi, którą chcę podążać. Drogi tworzenia światów, ubierania rzeczy niezwykłych w zwyczajne słowa. Przeżywania wielu żyć za pośrednictwem powoływanych przeze mnie postaci. A początkiem tego wszystkiego są Narodziny...

Na zakończenie napiszę jeszcze, że z perspektywy lat stwierdzam, że niektóre doświadczenia i sytuacje są nam w życiu potrzebne. Potrzebujemy przejść pewnymi drogami, doświadczyć pewnych okoliczności. Często to wszystko jest niezbędne, aby różne rzeczy na nowo poukładać. Aby świadomie spojrzeć na swoje życie, przeszłość oraz perspektywę przyszłości. Zamyślić się, na moment odłożyć rozsądek, by po chwili całkiem świadomie podjąć decyzję. Grubą linią oddzielić to, co było i na rozstaju dróg wybrać tę, która jest nasza. Tę, którą chcemy podążać.

Wiem, że to wszystko nie jest łatwe. Nie jest tak, że przeczytamy ładne słowa, obudzimy się i spektakularnie zmieni się życie. To jest ciągła praca, stawianie kroku za krokiem, na zmianę słońce i deszcz. Ja uświadomiłam sobie, że moją największą obawą przed zmianą, przed powrotem do siebie, był strach. Strach przed rezygnacją z tego, co znane, sprawdzone. Strach przed niepowodzeniem, strach przed oceną innych. I co ważne, strach przed utratą niezależności finansowej. I to są zmory, z którymi wciąż muszę mierzyć się każdego dnia. Bo poza tym, wszystko to, czego pragnę, znajduje się po drugiej stronie strachu.

Newsletter

Bądź na bieżąco
– Zapisz się na Newsletter!

FacebookInstagram
© 2020 Magdalena Ojrzyńska. Wszelkie prawa zastrzeżone.