Jak to dziadostwo denerwuje. Niby katar, a jednak migrena.

Jak to dziadostwo denerwuje. Niby katar, a jednak migrena.

Pisałam ostatnio o tym, jak bardzo lubię zimę. Taką prawdziwą, białą, z dużą ilością śniegu, gdy przyozdobiony nim świat wygląda jak wyciągnięty z najpiękniejszej bajki. Uwielbiam taką zimę od zawsze. Niestety zima zimie nie równa. I choć biały puch i szczypiący w uszy mróz posiadają niebywałe walory, zwłaszcza dla miłośników zimowych gier, sportów i zabaw, to nie ulega wątpliwości, że ta pora roku, w równym stopniu co piękna potrafi być paskudna. I nie tyle z powodu panującego wokół zimna. Samo zimno byłoby jeszcze w porządku. Ale zimą nie może być po prostu zimno. Musi być za to plucha, ciągła zmiana temperatur, wahania pogodowe następujące praktycznie z dnia na dzień. A co w ślad za tym następuje, szerzące się choróbska.

Uczciwie przyznaję, że ostatnimi laty osobiście nie doświadczałam tej ciemnej strony zimowego sezonu. Pewnie to kwestia w miarę sensownej profilaktyki, tego, że jestem już dorosła, swoje odchorowałam, nabyłam odporności. Wszystko to razem spowodowało, że w okresie zimowym nie miałam nawet kataru. Ale pojawiło się dziecko. Trochę podrosło, wyszło do rówieśników. I co w ślad za tym nastąpiło? Zimowe chorobowe combo, na które nie byłam przygotowana. Katar, kaszel, zapalenie spojówek bakteryjne potem wirusowe. Zapalenie gardła i krtani. Zawalone zatoki. A to wszystko kiedy? Zimą właśnie, dokładnie w przeciągu niespełna dwóch zimowych miesięcy. I na dodatek u kogo? U mnie ma się rozumieć! A puenta jest jaka? Wszystko to razem, skutecznie uniemożliwiło mi korzystanie z walorów zimy i spowodowało, że spojrzałam na moją ulubioną porę roku z innej perspektywy.

Wracając jednak do tematu migreny. No dobra. Jestem duża, wyrozumiała, skoro dziecko sobie radzi to i ja zniosę to dzielnie – pomyślałam, wycierając nos. Ale nikt nie uprzedził mnie, co po moich chorobach nastąpi. A mianowicie, że mój mąż też te dziecięce wirusy przechoruje. Intensywnie jak nigdy wcześniej. I to właśnie tej cudownej zimy. Co konkretnie mu dolega, że postanowiłam o tym napisać? Ano choroba najbardziej ze wszystkich dokuczliwa, ciężka, osłabiająca, dobijająca wręcz. Zwłaszcza mnie! Czyli ni mniej, ni więcej, tylko permanentny męski katar. A powszechnie przecież wiadomo, że katar u mężczyzny to choroba niezwykle wręcz ciężka, żeby dosadniej tego nie napisać.

No i tej pięknej zimy, którą tak uwielbiam, jestem spacyfikowana kolejny tydzień w domu. Żeby moich chorób było mało, doszła ta najbardziej uciążliwa. Ta z walającymi się dookoła zasmarkanymi chusteczkami, których nie ogarniam, a które przyprawiają mnie o migrenę i ciągły zawrót głowy. Znajduję chusteczki na poduszce, pod poduszką. Na komodzie, pod komodą, nawet w szafie. No bo przecież mąż jest tak chory, pozbawiony sił i stękający, że biedak nie ma nawet siły tych chusteczek po sobie pozbierać. Aha. Nie wspomniałam o pralce. No bo jak ja mogłam, nie sprawdzić kieszeni spodni, zanim umieściłam dresy z innymi czarnymi rzeczami w bębnie. No cóż, przynajmniej miałam po tym praniu namiastkę „pada śnieg” ze suszarki.

Reasumując. Pomimo trwającej zimy, jej walorów i piękna, muszę przyznać, że czuję się trwającą aurą trochę zmęczona. A raczej jej ekstra atrakcjami i niekończącą się męską chorobą. Tą akurat bardziej niż dziecka i swoimi. Po cichu liczę jednak, że wszystko to stan przejściowy. I podobnie jak dzieciaki, my dorośli nabywamy właśnie trwałej, zimowej odporności. W tym ja nabywam trwałej odporności na katar mojego męża.

PS A w przyszłym roku nie będzie już żadnego kataru, tylko beztroskie białe szaleństwo.

Chcesz się ze mną skontaktować.
Napisz wiadomość na facebooku.

InstagramFacebook
© 2019 THE MEG Wszelkie prawa zastrzeżone.
Polityka Prywatności