Powrót do przeszłości, czyli refleksja - jak to jest z tym odkładaniem rzeczy potem na potem.

Powrót do przeszłości, czyli refleksja - jak to jest z tym odkładaniem rzeczy potem na potem.

Byłam niedawno w rodzinnym domu. Nie w ramach jakiejś szczególnej okazji czy świąt. Ot tak po prostu, spotkać się z rodzicami.

Choć nie mieszkam w tym domu już od wielu lat, to miejsce wciąż w jakiejś części jest moje. Czuję się w nim całkiem swobodnie, żeby nie powiedzieć wprost; - czuję się tam wciąż jak u siebie.

Wypiłam kawę, sprzedałam córkę dziadkom i poszłam na piętro, poszukać czegoś w składowanych przez zimę rzeczach.

Tak, przyznaję się bez bicia, regularnie wywożę do rodziców rzeczy, których akurat nie potrzebuję lub nie mieszczą się w moim mieszkaniu.

Weszłam na piętro, bo dom moich rodziców jest dwupiętrowy. Wygrzebałam spodnie narciarskie ze stojącego w garderobie kartonu i w momencie, w którym miałam zejść na dół, spojrzałam w kierunku mojego starego pokoju.

Pokój jak pokój, niewiele się w nim przez ostatnie lata zmieniło. Wciąż sporo tam moich starych książek, reliktowych niemal zabawek i sentymentalnych bibelotów. Szczególne miejsce na stojącym przy ścianie regale zajmuje kartonowe pudełko. Jedno z tych pierwszych ozdobnych, do których za czasów mojej wczesnej młodości wkładało się kartki, liściki i otrzymywane w szkole walentynki. Moja mama dba o porządki, dlatego pudło było odkurzone. Mimo to unosząc wieko, czułam, jakby ulatywały z niego kilogramy nagromadzonego przez lata kurzu. Aż mi się ciepło na sercu zrobiło. Zwłaszcza że dokładnie wiedziałam, czego w tym pudełku szukam.

Pogrzebałam dłońmi pomiędzy wypłowiałymi kartkami. Uśmiechnęłam się do kilku z nich, tych bijących po oczach nazbyt dużymi literami, składającymi się na wypisane ręcznie słowa Love. Ach te młodzieńcze zauroczenia bez znaczenia, pomyślałam, i zaczęłam grzebać dalej.

Wreszcie, kiedy przekopałam się już przez sterty kopert, kartek do segregatorów i ozdobnych papeterii, na samym dnie znalazłam to, czego szukałam.

Dotknęłam dłonią sztywnej oprawy. Niespodziewany dreszcz przebiegł po moich plecach, wspomnienia powróciły. Chwilę później w rękach trzymałam zeszyt.

Szary, dawno już niemodny. Mój pierwszy tak osobisty, a jednak zapomniany przez lata. Zeszyt, który stanowił spis młodzieńczych planów i marzeń. Zeszyt, który podobnie jak one, został schowany pod grubą powłoką nagromadzonego przez lata codzienności kurzu. Zeszyt, w którym marzenia dziecka, dziewczyny, nastolatki zostały zapisane czarno na białym, a następnie odłożone. Tak po prostu. Potem na potem, aż do tej chwili, gdy prawie dwadzieścia lat minęło.

Dlaczego piszę właśnie o tym zeszycie? Dlatego, że wydobycie go z pozostawionej gdzieś daleko przeszłości, było dla mnie szczególnym momentem. Nie jakimś przełomowym, ponieważ pewne decyzje podjęłam już odpowiednio wcześniej. Był to jednak moment, który dobitnie uświadomił mi, czym się kończy odkładanie czegoś na potem. I nie mam tu na myśli samego tylko spełniania marzeń. Robienia rzeczy wyłącznie wzniosłych, cokolwiek to słowo nie oznacza. Chodzi mi także, a może przede wszystkim, o sprawy zwyczajne, zdawać by się mogło przyziemne. Sprawy takie jak odwlekane potem na potem spotkania z dawno niewidzianymi przyjaciółmi. Rutynowa, ale odkładana od ponad roku, wizyta u laryngologa. Bo przewlekle zatkane zatoki nie zając, przecież nie uciekną. Mam na myśli sprawy takie, jak odwiedziny u rodziców i spotkanie u dziadków, na które ciągle brakuje czasu. Mam na myśli beztroską zabawę z dzieckiem lub odłożoną na emeryturę wymarzoną podróż.

Ten zeszyt właśnie, choć jest tylko symbolem, stanowi mój dowód na to, czym kończy się odkładanie czegoś na wieczne później.

W życiu tak często zdarza się, że w natłoku pozornie najważniejszych spraw, marzenia i sprawy naprawdę ważne, odkładamy potem na potem. Nierzadko nie uświadamiamy sobie nawet, kiedy na tym ciągłym odkładaniu mijają nam dni, miesiące, lata. A potem, na pewno nie u wszystkich, ale jednak bywa, że często zwyczajnie w świecie okazuje się, że nie ma żadnego potem, nie ma żadnego później. Nie ma nic albo nie ma już nikogo. Nie ma niczego. A w najlepszym wypadku, tak jak u mnie, zanim się zorientujemy, okazuje się, że dwadzieścia lat minęło.

Chcesz się ze mną skontaktować.
Napisz wiadomość na facebooku.

InstagramFacebook
© 2019 THE MEG Wszelkie prawa zastrzeżone.
Polityka Prywatności